PGA Polska Pro Tour – czyli trzy dni grania.

PGA Polska Pro Tour – czyli trzy dni grania.
Dotychczas turnieje PGA omijałem raczej szerokim łukiem. Męczenie się z białych wybić i przeszkadzanie, swoim raczej rekreacyjnym podejściem do golfa, ludziom grającym o pieniądze jakoś mnie nie pociągało. Poza tym nie lubię hałasu, lasu tablic reklamowych na które i tak nikt nie zwraca uwagi, tłumu gości sponsorów spacerujących po polu i nie mających pojęcia jak się zachować, pochłaniających na okrągło potrawy z grilla i zapatrzonych w siebie pseudo artystów, niby umilających czas owym gościom.
Nie żebym nie lubił sponsorów – lubię i wdzięczny im jestem za to że są i doceniają nas golfistów. Nie chcę tylko być małpką pokazywaną w cyrku sponsora. Festyny jakoś mnie nie kręcą i nic na to nie poradzę. Wolę za to ciszę i spokój, odrobinę współzawodnictwa, rozmowy po rundzie z miłymi ludźmi, kontakt z naturą i takie tam dyrdymały…
Zaproszenie na PGA Polska Pro Tour (cóż za złożona nazwa) przyjąłem z mieszanymi uczuciami. W końcu to niedaleko i najwyżej mogę się raz pomęczyć – pomyślałem. Przy okazji sprawdzę jak sprawuje się młodzież w roli organizatorów. Ów – bowiem jest ich dwóch, tzn. dwóch organizatorów – dwie firmy. O młodzieży jak większość „doświadczonych” ludzi mam, raczej powszechne od wieków, acz ugruntowane zdanie. Jednak też sam pamiętam, że jeszcze nie tak dawno temu także ową młodzieżą byłem. Maćka Stodolnego poznałem jeszcze jako juniora, gdy przyjeżdżał z ojcem na turnieje do ABGC, a dziś proszę – organizuje turnieje.
Dzień pierwszy.
Zaczęło się już w piątek, a tak naprawdę w czwartek, bo przecież ze Szczecina do Kalinowych Pól jedzie sie teraz wprawdzie tylko dwie godziny, ale to jednak pewien dyskomfort jechać wprost na rundę, a po za tym zawsze milej spędzić wieczór nad jeziorem z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Po wieczorku powitalnym, następnego dnia stanęliśmy dzielnie do zawodów.
Gra z zawodowcami dla średniozaawansowanego amatora jest jednak przygnębiająca. Pokazuje jaka dzieli nas przepaść w grze. Dłuższe o jakieś 100 metrów drajwy, celność uderzeń itd. potrafią sprowadzić człowieka do parteru. Zdajemy sobie sprawę, że nasza „gra” to tak naprawdę nie gra a miotanie się po polu. Na szczęście my, amatorzy graliśmy z żółtych. Ten pierwszy, nieobowiązkowy, dzień zawodów przeszedł dość gładko. Ograniczona liczba graczy i jednoczesny start z wielu dołków (Shotgun) sprawiły, że na polu nie było korków a wszystko toczyło się sprawnie i szybko. Moc nagród za najdalsze i najbliższe uderzenie sprawiała, że wciąż miało się szansę na zaistnienie na podium. Upalna wręcz temperatura (ok. 30 stopni C) była jednak męcząca, ale za to po rundzie można się było ochłodzić serwowanymi przez sponsora napojami z duża ilością lodu. W proamie zwyciężyła drużyna Janka Lubienieckiego w składzie Andrzej Gordon, Adrian Dudek i Marek Bieława, drugie miejsce zajął Bobala Kacper nowy prow Binowie z Juliuszem Rozwadowskim, Adrianem Kaczałą i Szymonem Woźniakowskim. Trzecie miejsce Marek Bednarczyk (Olympic GOLF CLUB) z Markiem Sobczakiem, Marianną Duczmal i Robertem Karbowniczkiem.
W pozostałych konkursach nagrody odebrali: Nearest to the PIN
Dołek nr 5: Śniegocki Mariusz
Dołek nr 7: Czesław Romankiewicz
Dołek nr 11: Marzena Folta
Dołek nr 15: Adrian Dudek
Longest Drive
Dołek nr 8: Marianna Duczmal, Adrian Kaczała
Dołek nr 18: Marzena Folta, Jakub Piotrowski
Na uwagę zasługuje fakt, że zwycięzca w konkursie „nearest to the pin” na dołku 7, Pan Czesław Romankiewicz jest jednym z najstarszych polskich golfistów i liczy sobie 87 lat! Doceniono to w klubie i dodatkowo oprócz nagrody w postaci wybornego koniaku ufundowanego przez sponsora, otrzymał również roczne członkowstwo.
Dzień drugi – nie było już tak różowo….
Sobota, a właściwie noc z piątku na sobotę przyniosła załamanie się pogody. 6 stopni w nocy to stanowczo za mało jak na pobyt nad jeziorem w drewnianym domku! Po piątkowych 30 stopniach sobotni ranek wydawał się być wielkim nieporozumieniem! Zimny, porwisty wiatr nie ułatwiał zadania golfistom. Bardzo rozsądne okazało się posunięcie rozdzielenia zawodowców od amatorów. Ci pierwsi grając sprawniej ukończyli bezstresowo pierwszą rundę. Gorzej było z amatorami. Niektórzy grali chyba swoją rundę życia, bowiem prawie na każdym dołku trzeba było na nich czekać. Osobiście mierzyłem czas grupie przed nami, która notorycznie spędzała po 10 minut na greenie! Wprawdzie greny w Kalinowych Polach przypominają zamarznięte morze (są tak pofalowane i twarde), a niektóre nawet morze w czasie sztormu, to jednak nie tłumaczy tak powolnego grania! Tak przy okazji składam szczególne podziękowania osobie odpowiedzialnej za ustawienie flag! Naprawdę trzeba mieć wyobraźnię! Możemy się tylko zdziwić, że nie wyposażono graczy w tak prosty „wynalazek” jak kartki z rozpisanymi czasami na rozegranie dołków! Sędzia był, ale naprawdę nie w tym miejscu w którym powinien. Dołóżmy do tego zimno, wiatr, długie pole z jedną ławką i mamy gotową fustrację u graczy! Nie piszę tu o zawodowcach, oni grają o pieniądze, mogę nawet napisać, że w pewnym sensie są w pracy, ale o amatorach. Po jakiś sześciu godzinach gry w turnieju, gdzie brało udział ledwie 50 amatorów, naprawdę tylko pokaźna ilość napitku od sponsora była w stanie złagodzić rozczarowanie.
Dzień trzeci.
Równie zimno, no może trochę mniej wiało. Zrezygnowałem!
Nie będę się kopał z koniem! Start o ósmej rano średnio mnie bawi, zwłaszcza że recepcję gdzie miałem zdać klucze od wynajmowanego domku otwierają o ósmej! Mając w pamięci wczorajsze sześć godzin na „rześkim” powietrzu i ponad sto na karcie (takiego wyniku przepraszam, ale nawet ja dawno nie miałem, ale nie mam stresu, bo naliczyłem trzech zawodowców z wynikami powyżej setki) postanowiłem sobie odpuścić tę wątpliwą przyjemność. Chyba dobrze postąpiłem, bo miałem możliwość obserwować grę czołówki zawodowców. Im jakoś nie przeszkadzała ani odległość, ani sztormowe fale na greenach. Grali swoje i grali dobrze. Obserwowałem grę Kuby Ossowskiego, Petera Bronsona i Marka Bednarczyka. Marka trochę chyba rozbroił i rozgrzał hole in one, który trafił poprzedniego dnia na dołku piętnastym, bo zagrał tego dnia 80 uderzeń a rozgrzał dlatego, że grał w krótkim rękawku. Kuba grał na swoim polu, ale widać że pomimo młodego wieku jest już wyważonym golfistą. Bardzo podobała mi się gra Petrera. To bardzo dobrze ułożony zawodnik. Trochę jak robot, przez czas w którym im towarzyszyłem nie zobaczyłem na jego twarzy żadnych emocji. Normalnie robokop jakiś! Taka maszyna do grania. Jeżeli miałbym go określić w trzech słowach – napisałbym: skromny i opanowany rzemieślnik. Po zejściu ostatniego flajtu, pozostało nam poczekać tak niewiele ponad godzinkę na ogłoszenie wyników i wręczenie nagród. Jak mnie poinformowali organizatorzy brak Internetu uniemożliwił im policzenie wyników w programie udostępnianym przez PZG i robili to w innym. Czasu było więc dość, by docenić kalinowską kuchnię a nawet poczytać regulamin przygotowany na okoliczność turnieju. I tu mała niespodzianka. Nie wiem kto jest autorem tegoż regulaminu, ale kilka sformułowań mnie rozbawiło. Trudno mi było zrozumieć dlaczego koszt uczestnictwa dla członków PGA Polska w jednym punkcie wynosi 100 zł , a zaraz poniżej dla członków PGA Polska oraz aplikantów 300.zł? Zapewne chodziło o samych aplikantów. Członkowie innych PGA uiścić już mieli w Euro – no bo w sumie dlaczego niby mieliby w złotówkach? Dalej mamy zapis ” Żaden zawodnik lub jego caddy nie będzie dozwolony w czasie rozgrywania turnieju na eksponowanie lub noszenie reklamy, która w opinii Dyrektora Turnieju może zawstydzić sponsora.” Ja bym się raczej zawstydził tej nowomowy. Możemy jeszcze znaleźć zapis ” Jeżeli gracz użyje caddiego podczas rundy …” no to można sobie poużywać i to podczas rundy! Jeszcze dalej dowiadujemy się, że ” aktualnym czasem turnieju jest czas w posiadaniu startera” no to już wiem dlaczego graliśmy 6 godzin – starter posiadł czas! Jest jeszcze kilka dziwnych odmian, ale przyjmijmy że to literówki.
Puchary i kasę rozdano ( ja bym wręczył, ale może się czepiam, następnym razem jak będą rozdawać to stanę w kolejce).
Po drobnej godzince dowiedzieliśmy się, że pierwszy wśród pro i w ogóle był Jakub Ossowski, który łącznie wykonał najmniej uderzeń, bo tylko 143. Drugie miejsce z wynikiem 147 uderzeń zajął Peter Bronson a trzeci był Wojciech Świniarski (150). Wśród amatorów najlepsze wyniki uzyskali Adrian Kaczała (169) i Marianna Duczmal (177).
Podsumowanie.
Pierwsze koty za płoty, jak to mówią. Biorąc pod uwagę że to pierwszy turniej przygotowany przez tandem Discover Golf ( jak o sobie piszą – to agencja kreatywna wyspecjalizowana w wydarzeniach golfowych i marketingu sportowym) i Golfeveryday (operator turystyczny) to rewelacji nie było, ale też i większych wpadek nie zanotowaliśmy. Byłby pewnie większy problem gdyby turniej zaszczyciła większa ilość graczy, ale jakoś się udało. Mamy nadzieję, że się organizatorzy wyrobią i wyciągną wnioski. Mają na to prawie miesiąc, następny turniej odbędzie się w dniach 8-10 czerwca na polu Gradi Golf. Życzę powodzenia i…..powiedzmy połamania kijów, ale nie dosłownie tak jak to zrobił Wacek Laszkiewicz. :).

Zobacz zdjęcia