List miłosny do golfa

(czyli jak kochać coś, co systematycznie organizuje twoje upokorzenie)


Drogi Golfie,

Piszę do Ciebie jako człowiek dorosły, względnie wykształcony i – do niedawna – emocjonalnie stabilny. Lewy nadgarstek mam w ortezie, konto w stanie, który z urzędu powinien zaniepokoić prokuratora, a w głowie tylko jedno pytanie: dlaczego znowu pakuję torbę na sobotę?

Gdybyś był relacją, bliscy już dawno zabraliby mi kije i wysłali na terapię. Jesteś jedyną grą na świecie, w której podobno inteligentny człowiek potrafi przez pięć godzin gonić małą białą piłkę, zachowując się tak, jakby od jej odnalezienia zależał los cywilizacji.

I najczęściej ją znajduję. Po przekopaniu pół lasu, przeproszeniu pokrzyw i negocjacjach z lokalną fauną. Najbardziej przerażające jest to, że wracając do domu, z pełnym przekonaniem uznaję, iż był to znakomicie spędzony dzień.

Sadysta z doktoratem

Każdy normalny sport opiera się na banalnej logice: nagradza wysiłek. Trenujesz więcej – biegasz szybciej, punktujesz. Ty masz własny, perwersyjny system sprawiedliwości. Ty z premedytacją karzesz za pychę.

Wystarczy, że na pierwszym tee pomyślę: „To będzie piękne uderzenie”. I już wiem. Piłka właśnie odbywa inauguracyjny lot w kierunku jeziora, którego – przysiągłbym – przed chwilą tam nie było. Prawa fizyki mają z Tobą podpisaną umowę o wyłączności, a bunkry to Twoje mroczne poczucie humoru. Ty nie uczysz techniki. Ty tresujesz charakter. I robisz to z bezwzględnością doskonałą.

Dołek psychologiczny

Najgorsze jednak wcale nie dzieje się na polu. Twój największy triumf polega na tym, że wracasz ze mną do domu.

Jem obiad i analizuję siódmy dołek. Biorę prysznic i zastanawiam się, dlaczego znowu zamknąłem główkę kija. Budzę się o trzeciej nad ranem z nagłym olśnieniem: trzeba było po prostu skrócić backswing! O ósmej rano jestem z siebie dumny, w pełni kontrolując teorię. O dziesiątej jadę na driving range, żeby brutalnie odkryć, że teraz nie wychodzi mi już absolutnie nic.

To nie jest sport. To systematyczne niszczenie układu nerwowego.

Ekonomia absurdu

Sprzęt? Oczywiście, że wierzę w sprzęt. Co roku producenci ogłaszają, że stworzyli driver, który „wybacza więcej”. Mają rację – wybacza. Tylko jakoś nigdy nie wybacza moich błędów!

Kawałek grafitu, tytanu i marketingowej obietnicy kosztuje dziś tyle, co sensowny samochód miejski. Na piłki wydaję miesięcznie kwoty, które w innych okolicznościach wymagałyby zgłoszenia do urzędu skarbowego. Kupuję je z pełną świadomością, że za godzinę połowa z nich rozpocznie nowe, podwodne życie.

Z pełną powagą nazywamy to „inwestycją w rozwój”, podczas gdy boczna rotacja pozostaje wierna tradycji, przekazywana z sezonu na sezon jak rodowy sygnet. A milczącym dowodem na to, że granica została dawno przekroczona, jest kilkadziesiąt czapek golfowych, które żona ze zgrozą odkrywa podczas porządków w szafie.

Kilkadziesiąt prób zakamuflowania faktu, że żaden daszek nie naprawi swingu.

Fenomen kłamstwa, czyli anatomia uzurpatora

Mówi się, że golf uczy prawdomówności. To największy mit tej dyscypliny. Kłamiemy na potęgę, oszukując z elegancją głównie samych siebie.

I nie chodzi tu o trywialne zrzucanie winy na wiatr czy krzywy green. Chodzi o strukturalne wyparcie. Nikt nie robi tego lepiej niż gracz, który na co dzień walczy o przetrwanie, grając na poziomie handicapu czternaście, ale w systemie z uporem zaniża go i udaje, że gra na dziesięć. Dokonuje tego absurdalnego fałszerstwa tylko po to, by wcisnąć się do elitarnego flightu podczas turnieju – celowo gwarantując sobie pięciogodzinną, publiczną egzekucję na oczach lepszych od siebie.

To już nie jest kłamstwo. To wyrafinowany masochizm.

Paradoks kołnierzyka i diler nadziei

Jesteś jedynym zajęciem, które w tym samym dniu pozwala czuć się jak arystokrata i jak pospolity włóczęga. Lord – bo nosisz pastelowe polo i pijesz espresso na klubowym tarasie. Włóczęga – bo pięć minut później klniesz w krzakach, tracąc resztki godności.

Dlaczego więc tego nie rzucimy?

Bo potem robisz TO. Pozwalasz, raz na kilkadziesiąt prób, wykonać uderzenie idealne. Czyste, doskonale brzmiące trafienie. W tej jednej sekundzie inwestycje, nerwy i upokorzenia przestają mieć znaczenie. Przez ułamek sekundy jesteśmy władcami losu.

Handlujesz nadzieją. Kasyna rozdają darmowe drinki, a Ty rozdajesz jedno perfekcyjne uderzenie. Efekt uzależnienia jest dokładnie ten sam.

Dlatego w sobotę znów stanę na tee. Ty i ja doskonale wiemy, że piłka najpewniej znowu wyląduje w lesie. I obaj wiemy, że i tak wrócę za tydzień. Tylko po to, żeby sprawdzić, czy to jedno, perfekcyjne uderzenie na pewno nie było przypadkiem.

Tym razem na pewno będzie lepiej.

Przecież kupiłem nowego wedge’a.

Z wyrazami nieustającej, finansowo nieodpowiedzialnej miłości,

Twój wierny sponsor i etatowy bankomat.

Redakcja portalu
Redakcja portalu golfpl.com
http://www.tv-golf.pl