(czyli jak kochać coś, co systematycznie organizuje twoje upokorzenie, a jednak zawsze do tego wracasz)
Drogi Golfie,
Piszę do Ciebie jako człowiek dorosły, względnie wykształcony i – do niedawna – emocjonalnie stabilny. Lewy nadgarstek mam w ortezie (efekt wczorajszego, pożałowania godnego romantycznego zbliżenia z driving range’em), konto w stanie, który mój doradca finansowy określiłby jako „niepokojący”, a w głowie tylko jedno pytanie: dlaczego, do cholery, znowu pakuję torbę na sobotę?
Nie pamiętam już dokładnie, kiedy się poznaliśmy. Pamiętam tylko, że zanim pojawiłeś się w moim życiu, byłem człowiekiem rozsądnym. Miałem wolne weekendy, stabilne finanse i dziwne przekonanie, że jeśli wystarczająco długo nad czymś pracuję, w końcu będę w tym dobry.
Ty bardzo szybko wyprowadziłeś mnie z tego błędu.
Najdroższy spacer mojego życia
Jesteś jedyną grą na świecie, w której dorosły, podobno inteligentny człowiek potrafi przez pięć godzin gonić białą kuleczkę wartą piętnaście złotych, zachowując się tak, jakby od jej odnalezienia zależał los cywilizacji.
I najczęściej ją znajduję.
Po przekopaniu pół lasu.
Po przeproszeniu pokrzyw.
Po negocjacjach z rodziną dzików, która zna mnie już z imienia.
Najbardziej niepokojące jest to, że naprawdę myślę, że był to znakomicie spędzony dzień.
Obiecujesz spokój.
Dajesz kryzys tożsamości.
Obiecujesz relaks.
Wracam z napięciem większym niż przed ważną prezentacją.
Obiecujesz kontakt z naturą.
Najczęściej kończy się kontaktem z bunkrem wypełnionym piaskiem sprowadzonym pewnie prosto z Sahary, specjalnym transportem, z certyfikatem autentyczności.
Twój system sprawiedliwości (czyli dlaczego karzesz za pychę)
Każdy sport nagradza wysiłek. Biegasz szybciej – wygrywasz. Skaczesz wyżej – medal. Trafiasz celniej – punkty.
Ty masz inny system.
Ty nagradzasz pokorę.
A jeszcze częściej karzesz za pychę.
Wystarczy, że na pierwszym tee pomyślę: „To będzie piękne uderzenie.”
I już wiem.
Piłka właśnie odbywa inauguracyjny lot w kierunku jeziora, którego – przysiągłbym – przed chwilą tam nie było.
Grawitacja jest Twoją kochanką.
Wiatr – wspólnikiem.
A bunkry? Bunkry są Twoim czarnym poczuciem humoru.
Mam wrażenie, że prawa fizyki mają z Tobą podpisaną umowę o wyłączności. Jesteś egzaminem z pokory napisanym przez sadystę z doktoratem z psychologii. Nie uczysz – tresujesz. I robisz to z gracją, której można by pozazdrościć najlepszym oprawcom w historii.
Ekonomia absurdu (czyli slice wierny jak rodowy sygnet)
Sprzęt? Oczywiście, że wierzę w sprzęt.
Co roku producenci z kamienną twarzą ogłaszają, że właśnie stworzyli driver, który „wybacza więcej”. I mają rację – wybacza. Tylko nie moje błędy.
Kawałek grafitu i sprasowanego tytanu kosztuje dziś tyle, co jeżdżący samochód segmentu B. Za piłki wydaję miesięcznie tyle, że mógłbym sfinansować małą rewolucję w Ameryce Południowej. Kupuję je z pełną świadomością, że za godzinę połowa rozpocznie nowe życie na dnie stawu, a reszta w worku zawodowego zbieracza piłek.
Jesteś prawdopodobnie jedyną dyscypliną, w której można wydać równowartość wakacji na Malediwach, żeby później – w deszczu, w błocie, po kolana w pokrzywach – szukać przedmiotu wartego piętnaście złotych.
A mimo to mówimy z powagą: „to inwestycja w rozwój.”
I najgorsze? Żona w końcu znajduje kolekcję dziewięćdziesięciu czapek golfowych przy porządkach w szafie. Milczący dowód tego, że to już dawno przestało być niewinnym hobby.
Golfiści – fenomen antropologiczny (czyli jak kłamać z elegancją)
Twoi wyznawcy to osobny gatunek. Nikt nie kłamie z taką elegancją jak golfista:
- „Nie liczę dziś wyniku.”
Liczy. Skrupulatnie. Łącznie z tym uderzeniem próbnym, którego oficjalnie nie było. - „Gram tylko rekreacyjnie.”
Nie gra. Każde uderzenie traktuje z powagą operacji na otwartym sercu. Pot na czole po spudłowanym putcie z metra nie jest rekreacyjny. - „Nie zależy mi.”
Zależy tak bardzo, że po potrójnym bogeyu prowadzi wewnętrzne śledztwo, analizując wpływ wilgotności powietrza, faz księżyca i niewłaściwie zawiązanego buta. - „To wszystko przez wiatr.”
Nie było wiatru. Był spokój jak w kościele. Ale wiatr brzmi lepiej niż przyznanie się do kompletnej porażki technicznej.
I ten piękny rytuał po każdej katastrofalnej rundzie. Przysięga:
„To koniec. Na zawsze. Definitywnie.”
Trwa zwykle do parkingu.
Najpóźniej do wejścia na stronę internetową sklepu golfowego.
Syndrom jednego idealnego uderzenia (czyli jak handlujesz nadzieją)
A potem robisz TO.
Pozwalasz raz na kilkadziesiąt prób wykonać uderzenie idealne.
Jedno.
Czyste.
Doskonałe.
Niemal boskie klik, po którym piłka szybuje nienaganną parabolą dokładnie tam, gdzie zaplanowałem.
W tej jednej sekundzie wszystko ma sens.
Technika. Trening. Wydatki. Godziny na driving range’u. Wewnętrzne kryzysy na greenie. Kłótnie z żoną o to, czy naprawdę potrzebuję jeszcze jednego kija. Te wakacje w Wisełce zamiast na Malediwach.
Wszystko.
Przez moment jestem panem trajektorii.
Władcą rotacji.
Arystokratą losu.
A potem podchodzę do kolejnego dołka i znów jestem chłopcem, który przyszedł na egzamin bez wiedzy, za to z ambicją i nowym driverem.
To Twój największy przekręt, Golfie.
Handlujesz nadzieją.
Dealerzy narkotyków mogliby się od Ciebie uczyć marketingu. Kasyna rozdają darmowe drinki. Ty rozdajesz idealne uderzenia.
Efekt uzależnienia jest identyczny.
Paradoks kołnierzyka (czyli dlaczego jesteś jednocześnie luksusem i upokorzeniem)
Jesteś jedynym zajęciem, które sprawia, że w tym samym dniu czuję się jak członek rodziny królewskiej i jak człowiek przekopujący krzaki w poszukiwaniu zagubionej godności.
Lord – bo noszę pastelowe polo i gram w klubie z widokiem na jezioro.
Włóczęga – bo pięć minut później klęczę w błocie, klnąc pod nosem w sposób, który dyskwalifikuje mnie z jakiegokolwiek towarzystwa.
Uczysz pokory skuteczniej niż jakiekolwiek szkolenie z zarządzania. Testujesz cierpliwość bardziej niż kolejka emerytów na fairwayu, którzy poruszają się tempem tektoniki płyt. Pokazujesz, jak cienka jest granica między pewnością siebie a publiczną kompromitacją przy pełnym tarasie klubowym.
I mimo wszystko – wyciągasz mnie na świeże powietrze. Każesz zmierzyć się z własną głową. Uczysz, że perfekcja jest rzadkością, a proces – codziennością.
I dajesz te chwile. Te rzadkie, nieprzyzwoicie doskonałe sekundy, gdy kij spotyka piłkę jak Romeo Julię, a świat na moment milknie.
Dlaczego więc zostaję?
Bo bycie golfistą to stan, w którym w tym samym dniu czujesz się jak członek rodziny królewskiej i jak człowiek przekopujący krzaki w poszukiwaniu zagubionej godności.
Nie nauczyłeś mnie perfekcji.
Nauczyłeś mnie czegoś znacznie trudniejszego.
Wracać.
Pomimo porażek.
Pomimo kompromitacji.
Pomimo tego, że niczego nie gwarantujesz.
Bo być może właśnie na tym polega cała magia golfa.
Nie na idealnych uderzeniach – tych jest za mało.
Nie na wynikach – te zwykle bolą.
Nie na sprzęcie – ten tylko drenuje konto.
Na nadziei, że następne uderzenie będzie właśnie tym.
To wystarczy.
Golfie,
nie jesteś sportem.
Jesteś najdroższą lekcją pokory, jaką można sobie zafundować.
Najpiękniejszym spacerem, który regularnie kończy się katastrofą.
Najbardziej elegancką formą uzależnienia, jaką wymyślił człowiek.
I dlatego tak wielu z nas wciąż wraca.
Nie dla wyniku.
Nie dla handicapu.
Nie dla pucharów.
Wracamy dla tej jednej chwili.
Tego jednego uderzenia.
Tej jednej sekundy, w której naprawdę wierzymy, że wszystko jest możliwe.
Dlatego nie odchodzę. Bo ciągle wierzę, że następny swing będzie tym właściwym. Następna runda odmieni moje życie. Następna piłka poleci dokładnie tam, gdzie chciałem.
Ty i ja doskonale wiemy, że nie poleci.
Ale przecież nie o to chodzi. Prawda?
Do zobaczenia w sobotę.
Tym razem na pewno będzie lepiej.
Przynajmniej do pierwszego tee.
Z wyrazami nieustającej, finansowo nieodpowiedzialnej miłości,
Twój wierny sponsor,
etatowy bankomat,
dostawca zagubionych piłek
i człowiek, który od lat myli miłość z uzależnieniem.
P.S. Kocham Cię. Nienawidzę Cię. To skomplikowane. Jak my. Jak ten sport. Jak slice przy bocznym wietrze.
P.P.S. Jeśli spotkamy się na polu – udawaj, że mnie nie znasz. Ja wyświadczę Ci tę samą miłosierną przysługę. Mamy reputacje do stracenia. Cóż, ja straciłem swoją gdzieś między czwartym a piątym dołkiem, ale może Tobie jeszcze coś zostało.
