Angel „El Pato” Cabrera

Angel „El Pato” Cabrera

Jest niepoprawnym palaczem. Szczególnie widoczne było to podczas pewnej słonecznej niedzieli, kiedy zwrócone były na niego oczy milionów rozgorączkowanych kibiców. A on, jakby ostentacyjnie lekceważąc wszystkie antynikotynowe kampanie, kurzył na potęgę! Atmosfera gęstniała, nie tylko z powodu wypalania kolejnego „wagonu” papierosów, ale przede wszystkim pod wpływem przytłaczającej rangi wydarzenia i dość nerwowych okoliczności. Za plecami tasowali się najlepsi gracze świata, a on prowadził zaledwie o włos podczas finałowej rundy jednego z najbardziej prestiżowych turniejów globu. Nie dziwi wcale fakt, że nasz bohater za wszelką cenę próbował zdławić stres, trawiący każdą komórkę jego ciała. W jednym z wywiadów tłumaczył potem:„ No cóż, są gracze którzy mają swoich psychologów, niektórzy psychologów sportowych, ja … palę”
Ten niezbyt higieniczny sposób radzenia sobie z buzującymi emocjami w wielu dotychczasowych próbach okazywał się nie dość skuteczny, zwłaszcza w turniejach Wielkiego Szlema. W 1999 roku, w trakcie rozgrywanego w Carnoustie pamiętnego British Open, zabrakło jednego uderzenia do trójstronnej dogrywki z szalonym Jeanem Van de Velde w roli głównej. Dwa lata później podczas US Masters, wśród ton kwitnących magnolii i innych chryzantem, Cabrera prowadził zarówno po drugiej jak i trzeciej rundzie, by spaść ostatecznie na dziesiątą pozycję. W 2004 w US Open, rozgrywanym w Shinecock Hills był liderem wraz z Shigeki Maruamą i Jayem Haasem po świetnej pierwszej rundzie 66, po to tylko by zająć szesnastą pozycję, ze stratą trzynastu uderzeń do zwycięzcy Retiefa Goosena. W sumie jednak swoje występy w tych najważniejszych turniejach mógł podsumować całkiem przyzwoitym wynikiem: siedem razy miejsce w najlepszej dziesiątce w tym jedno czwarte, we wspomnianym British Open w 1999 roku.
Brakowało tylko zwycięstwa …
Angel Cabrera urodził się 12 września 1969 roku w miejscowości Villa Allende, leżącej w pobliżu Cordoby – drugiego co do wielkości miasta w Argentynie. Swoją przygodę z golfem rozpoczął w wieku dziesięciu lat jako caddie – podobnie zresztą jak znakomici argentyńscy poprzednicy: Eduardo Romero i legendarny, dziś liczący 85 lat Roberto de Vicenzo.
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności Cordoba Golf Club, do którego zabrali go koledzy był zarazem siedzibą Eduardo „El Gato” Romero – światowej sławy gracza, który wkrótce stał się mentorem, nauczycielem i sponsorem niezwykle uzdolnionego nastolatka.
W wieku dwudziestu lat Cabrera przeszedł na zawodowstwo. Pierwsze trzy wizyty na European Tour Qualifying School okazały się niezupełnie udane i dopiero czwarta próba w 1995 roku, sfinansowana całkowicie przez Eduardo była pełnym sukcesem, uwieńczonym uzyskaniem wymarzonej przepustki do gry w sezonie 1996 European Tour. Od tamtej pory Cabrera nigdy nie miał najmniejszych problemów z utrzymaniem się w cyklu rozgrywek Starego Kontynentu, aż sześciokrotnie plasując się w czołowej piętnastce rankingu. W 1999 roku osiągnął dziesiątą pozycję, a w 2005 – piątą – najwyższą w dotychczasowej karierze.
Pierwsze dwa profesjonalne zwycięstwa miały miejsce w Ameryce Południowej w 1995 roku, natomiast pierwsza wygrana w European Tour nastąpiła podczas Argentine Open w 2001 roku. Niedługo potem nastąpiły na dwa kolejne zwycięstwa w cyklu europejskim: w 2002 roku – w Benson & Hedges International Open i w 2005 – w BMW Championship. W tym samym roku Angel osiągnął dziewiątą pozycję w rankingu światowym – swoją najlepszą w dotychczasowej karierze. W 2006 roku, grając gościnnie w kilku turniejach PGA Tour, zgromadził ponad 600 tysięcy dolarów – sumę wystarczającą do tego aby w roku 2007 stać się pełnoprawnym członkiem tego cyklu.

***
Żadne z wymienionych: zwycięstw, sum, czy też miejsc w rankingach nie mogło jednak nawet w przybliżeniu równać się z ostatnim osiągnięciem naszego bohatera – wygranej w United States Open, rozgrywanych już po raz sto siódmy.
Tegoroczne Otwarte Mistrzostwa Stanów Zjednoczonych powróciły po raz pierwszy od 1994 roku do Oakmont Country Club, położonego na obrzeżach Pitsburga, w Pensylwanii. Trzynaście lat temu, wówczas młodziutki – dwudziesto cztero letni Ernie Els zdobywał swój pierwszy tytuł wielkiego szlema. Teraz swoje najcenniejsze trofeum wywalczył w tym samym miejscu nieco starszy bo trzydziesto siedmio letni Argentyńczyk, który po raz pierwszy w historii swojego kraju wpisał się na listę zwycięzców US Open.
Cabrera do ostatniej chwili nie mógł być pewien wygranej. Jeszcze po skończonej swojej rundzie przez ponad godzinę mógł tylko przyglądać się jak depczący mu po piętach Tiger Woods i Jim Furyk stają niemalże na rzęsach próbując go doścignąć. W tym czasie nasz nie stroniący od tytoniu bohater wypalił zapewne kolejny karton papierosów, aby w końcu odetchnąć z ulgą, kiedy okazało się, że wspomnianej dwójce zabrakło jednego uderzenia do wywalczenia dogrywki.
Ufff … Osiemnasto dołkowej dogrywki !
Warunki w jakich toczył się tegoroczny turniej były co najmniej … niecodzienne. Nie będzie wielkim odkryciem stwierdzenie, że pola na US Open, przygotowywane są w taki sposób, aby każda zagrana tam runda oscylująca wokół para pola była rezultatem więcej niż dobrym. Jednak w roku 2007 ta zasada została nieco zachwiana. Tym razem zagranie para pola lub – o zgrozo – zejście poniżej tej magicznej granicy, stało się … prawdziwym cudem !
Jak wiemy cuda się zdarzają, jednak nie tak znowu często. Pole przygotowano w tak szatański sposób, że przy idealnej wręcz pogodzie, spośród rozegranych 437 rund, „całe” osiem było poniżej para, a dziewięć zdołało idealnie zmieścić się w tzw. „normie”, która tradycyjnie dla US Open wynosiła 70 uderzeń. Jak więc widzimy „norma” tak naprawdę nie była normą, ponieważ, aby ją zagrać najwyraźniej potrzebne były nadprzyrodzone umiejętności.
Takie umiejętności, zapewne poparte jakąś „anielską” opieką, z pewnością posiada Angel Cabrera, znany ze względu na swój cudownie rozkołysany sposób chodzenia jako kaczka – „El Pato”, który jako jedyny zdołał w ciągu czterech rund złamać par … aż dwukrotnie!
Angel Cabrera stał się bohaterem całej Argentyny, która po czterdziestu latach oczekiwań miała w końcu drugiego w historii zwycięzcę w turnieju Wielkiego Szlema. Roberto de Vicenzo, który w 1967 roku wygrał British Open, na polu Royal Liverpool mógł wreszcie osobiście pogratulować godnemu następcy.
Świat golfa zawsze pełen był najróżniejszych przedstawicieli szeroko pojętej fauny. Mieliśmy już lata panowania Złotego Niedźwiedzia, Wielkiego Białego Rekina (Ludojada!), Tygrysa, a nawet swoje pięć minut miała Gęś …
Dużo wskazuje na to, że ten rok może być pod znakiem Kaczki 🙂

Komentarze

Komentarze

Dodaj komentarz