Osiemnaście dołków i inne mity


Powodem napisania tego tekstu nie jest tania zbieżność literowa, choć fakt, że oba pojęcia zaczynają się na „G”, zapewne ułatwia sprawę umysłom szukającym prostych skojarzeń. Prawdziwym impulsem była obserwacja pewnej osobliwej prawidłowości: nie ma na świecie dwóch innych dziedzin, w których mężczyźni z taką łatwością przypisują sobie status ekspertów, dysponując jednocześnie tak znikomym materiałem dowodowym.
Wystarczy spędzić kwadrans w domku klubowym, by usłyszeć kategoryczne deklaracje na temat bezbłędnego czytania terenu i opanowania rotacji. Mężczyzna z natury nie znosi próżni kompetencyjnej. Jeśli czegoś nie potrafi, po prostu uzupełnia braki w wiedzy absolutną pewnością siebie. To ten sam mechanizm, który każe graczowi sztucznie zaniżać swój handicap wyłącznie dla budowania statusu towarzyskiego. Zna swoje realne możliwości – gra, powiedzmy, na 12-14 – ale przed całym światem z kamienną twarzą udaje, że ma 8. Udawanie mistrza i zaklinanie rzeczywistości to podstawa. Zarówno na pierwszym tee, jak i w sypialni.

Paraliż analityczny i ślepota w terenie

Zamiast szlifować elementarne czucie, przeciętny amator ufa technologii i pseudonauce. Kupuje najdroższe kije z włókna węglowego, mierzy odległość dalmierzem z dokładnością do centymetra, a swój swing nagrywa smartfonem, by analizować go w zwolnionym tempie. W poszukiwaniach mitycznego punktu G uderza dokładnie ta sama absurdalna dysproporcja. Nasz ekspert potrafi w ułamku sekundy zauważyć, że przy downswingu jego lewy nadgarstek otworzył się o dwa stopnie za bardzo, ale w sypialni pozostaje całkowicie, wręcz klinicznie ślepy na gigantyczne znaki ostrzegawcze płynące z języka ciała partnerki.
Celebruje swoją pięciominutową rutynę: w skupieniu rzuca w górę wyrwaną trawę, żeby zbadać kierunek wiatru, robi dwa próbne zamachy z miną Tigera Woodsa, a następnie… ładuje potężnego topa, posyłając piłkę w gęste zarośla trzydzieści metrów dalej. W obu omawianych dziedzinach misterny, oparty na gadżetach plan upada w zderzeniu z grą na żywo, a chaotyczne, siłowe manewry kończą się wyłącznie frustracją.

Mulligan na ego

Gdy pojawia się porażka, do akcji wkracza psychologia wyparcia. Prawdziwy samiec alfa nigdy nie jest winny zepsutego uderzenia. Zawinił boczny wiatr, źle przycięta trawa, nagły hałas z sąsiedniego fairwaya albo niewłaściwe wyważenie drivera. W przypadku fiaska w relacjach intymnych winę ponosi „złożona natura partnerki” lub samo zjawisko, które wygodnie degraduje się do rangi anatomicznego mitu. Przyznanie, że zabrakło umiejętności, naruszyłoby fundamenty męskiego ego. Niezdolność do powiedzenia „nie mam pojęcia, gdzie teraz celuję” to największa blokada przed jakimkolwiek progresem.
Z drugiej strony flagi stoi kobieta, która bardzo szybko orientuje się w sytuacji. Jej przewaga polega na chłodnej kalkulacji. Widząc miotającego się gracza, rzadko traci czas na głośne udowadnianie mu jego niekompetencji. Zamiast tego bezbłędnie stosuje instytucję mulligana w życiu codziennym. Dyskretnie naprowadza na cel, czasem przymyka oko na naciągane wyniki i dla świętego spokoju pozwala partnerowi wierzyć, że to on dyktuje warunki. Wpisanie do wirtualnej karty wyników wyimaginowanego par to nie słabość – to czyste zarządzanie polem gry.
Ostatecznie cała ta mistyfikacja opiera się na milczącym konsensusie. Mężczyzna bowiem wcale nie boi się tego, że nie trafi do dołka. Najbardziej przeraża go myśl, że partnerka, nie potrzebując do tego żadnego dalmierza, od samego początku doskonale widzi, iż nie ma on najmniejszego pojęcia, w którym miejscu w ogóle znajduje się green.

Redakcja portalu
Redakcja portalu golfpl.com
http://www.tv-golf.pl