Republika Południowej Afryki

Republika Południowej Afryki państwo na południowym krańcu Afryki.
W roku 1487 Portugalczyk Bartolomeo Diaz odkrył Przylądek Burz (obecnie Przylądek Dobrej Nadziei). Wcześniej tereny obecnej Republiki Południowej Afryki były zamieszkane przez plemiona Buszmenów i Hotentotów, w XVI wieku zostali oni wyparci przez ludy Bantu. Europejska kolonizacja rozpoczęła się w roku 1652, kiedy to Jan van Riebeeck z holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej z osadnikami założył Kapsztad. Do roku 1994 w RPA obowiązywał apartheid. Postacią symbolizującą walkę z państwem prześladującym czarnych obywateli był Nelson Mandela. Jednak od czasu przejęcia władzy przez czarnych, pogorszyła się sytuacja gospodarcza i wewnętrzna kraju, a dyskryminowani bywają teraz jego biali mieszkańcy. Mimo to, RPA pozostaje najbogatszym państwem na kontynencie. Przeważającą część powierzchni RPA zajmują wyżyny. Od strony wschodniej i południowej kończą się one ostrą krawędzią. Głębokie doliny rzek dzielą ją na kilka grup górskich. Południowa Afryka posiada kilka stref klimatycznych. Od suchego pustynnego przy granicy z Namibią do klimatu podzwrotnikowego w południowo- wschodniej obszarze kraju.

Republika Południowej Afryki jest po prostu stworzona dla entuzjastów golfa. Kraj ren ma wręcz idealny klimat gdzie można grać do woli. Jest zresztą gdzie! Najsławniejszym polem golfowym w Republice Południowej Afryki jest Gary Player Country Club w Sun City, które jest gospodarzem Nedbank Golf Challenge! Dzięki zaproszeniu Diners Club mieliśmy okazję zagrać na tym kultowym polu, poczuć jego atmosferę a także zostać przez nie, pokonanym! W RPA jest jeszcze wiele cudownych pól golfowych, na których można odbyć swoje golfowe safari. Niestety trzeba mieć sporo czasu, aby zobaczyć przynajmniej te bardziej znane. RPA to taki kraj gdzie chętnie się wraca, możemy zatem zaplanować sobie wakacje na ładnych kilka lat. Zapewniam, że za każdym pobytem odkryjemy tam coś nowego, coś co nas urzeknie! W końcu w Afryce zakochało się już wielu i wielu pozostało tam na stałe! Każdy do niej powrót to niesamowite przeżycie. Zwłaszcza gdy w planach mamy również golfowe safari. Kraj ten jest ojczyzną wielu zawodników najwyższego kalibru, takich jak: Gary Player, Bobby Locke, Ernie Els i Retief Goosen. To oni projektują te zapierające dech i wymagające pola!

Dlaczego dobrze mieć kartę DC Golf?
Ze względów finansowych chociażby i to jest raczej oczywiste, ale też dlatego, że raz w roku Diners Club International organizuje w jakimś pięknym i „wypasionym” miejscu na świecie, turniej golfowy Diners Club International Pro-Am Classic! I w tym właśnie turnieju posiadający kartę, DC z charakterystyczną sylwetką golfisty, mogą wziąć udział!
Kartę mam już kilka ładnych lat, sam się zresztą do jej powstania trochę przyczyniłem, namawiając szefa Diners Club Polska do jej zrobienia. Długo namawiać zresztą nie musiałem. Efekt znają chyba wszyscy golfiści, to karta z przyjaźnie brzmiącym napisem golf, kata która może więcej niż inne!

Viva La France!
Tym razem Diners Club International zaprosił nas do Republiki Południowej Afryki.
To była naprawdę fascynująca wyprawa. Zaczęła się jednak – przynajmniej dla mnie – z wielkimi przygodami. Pierwsza wpadka: pomyliłem dni wyjazdu. Samolot ze Szczecina do Warszawy poleciał beze mnie. Na szczęście organizator wyprawy czuwał i w porę mnie do porządku przywołał. Szybkie pakowanie i zdążyłem na jakiś popołudniowy pociąg do stolicy. Wylot następnego dnia w godzinach porannych. Więc spokojnie, wszystko pod kontrolą. Następna przygodą była ewakuacja wszystkich oczekujących na lotnisku w Warszawie. Po 30 minutach zaprawy porannej w raczej niskiej temperaturze pozwolono nam na powrót do ogrzewanej sali odlotów. Jeszcze tylko opłata za nadbagaż w „przyjaznej podróżującym” linii Air France i mogliśmy lecieć. Jakoś dolecieliśmy bez większych turbulencji. Paryż przywitał nas raczej średnią pogodą. Po pokonaniu iluś tam kilometrów dotarliśmy do stanowiska odlotu do Johanesburga. Mieliśmy jeszcze dobrą godzinę do odlotu, więc mogliśmy poszaleć po sklepach. Gdzieś tak na 15 minut przed wylotem zaczęło się robić nerwowo. Na tablicy wyświetlono informacje, że lot jest odwołany. Pracownikom lotniska widać się ciężko żyje i postanowili zadbać o swoje – strajkując. Cóż, kilka ładnych godzin trwało zanim dostaliśmy jakiś kwitek na hotel. W końcu po długich negocjacjach ustaliliśmy, że około 23 jest jeszcze lot do Johanesburga, więc może…
Może polegało na tym, że musieliśmy wrócić w pełnym rynsztunku ok. 20 na lotnisko, jakaś tajemnicza siła podpowiedziała nam, żeby jednak pokojów nie zwolnić. Znów spędziliśmy kilka ładnych godzin pośród „rozentuzjazmowanego tłumu oczekujących na następne atrakcje”, aby dowiedzieć się, że niestety nie polecimy. Ktoś z drużyny wpadł na genialny pomysł, aby się już odprawić na lot poranny! I chyba to nas uratowało, ale o tym za chwilę. Horror, który nastąpił po tym, to świetna przygoda, ale kiedy się o niej słucha, a nie przeżywa na własnej skórze.
Otóż po zapisaniu nas na lot poranny przyszło nam wracać, oczywiście z tobołkami, do superhotelu. I tu dowiedzieliśmy się, że autobus już nie kursuje, wiec pozostaje nam tylko taksówka. Widzimy chyba czterokilometrową kolejkę oczekujących taksówek. Ale… żaden z taksówkarzy nas nie chciał zabrać! Koledzy byli sprytniejsi i nie powiedzieli, gdzie chcą jechać, a kiedy zapakowali bagaże i usadowili się w taksówce właściwie taksówkarz nie miał wyjścia. Pojechali. Nam przyszło czekać ok. 1,5 godziny na jakiegoś desperata, który chciałby nas podwieźć. Podczas oczekiwania mieliśmy okazję przyglądać się bójce taksówkarza z niezadowolonym klientem, który, również chciał się dostać do tego samego hotelu, co i my. Rzecz w tym, że hotel, w którym ulokowała nas „przyjazna klientom linia Air France” położony był jakieś 7 – 8 kilometrów od lotniska. I dlatego żadnemu taksówkarzowi się po prostu nie opłacało jechać. Przekonaliśmy w końcu jednego, że zapłacimy mu stawkę jak do Paryża, byleby nas tylko zawiózł do hotelu. Problem mieliśmy jeszcze inny, a mianowicie torby golfowe. Bagaż niekoniecznie dający się bezproblemowo zapakować do taksówki, nawet jeśli jest to taksówka francuska. Do tego mój towarzysz podróży, przed wyjazdem był uprzejmy nabyć sobie plastikowy, porządny i masywny pokrowiec na kije, który w żaden sposób nie poddawał się zabiegom upychającym. Po tych zabiegach zresztą pokrowiec ów nazwany został pieszczotliwie trumienką i ku uciesze pozostałych uczestników wyprawy przy tym określeniu pozostał już do końca imprezy. Trochę to było przekorne w stosunku do towarzysza podróży, który bardzo był dumny ze swojego nabytku i wciąż podkreślał wszem i wobec zalety i użyteczność tegoż pokrowca.
Koniec końców taksówkarz zrobił dwa kursy, skasował podwójnie i jakoś mogliśmy we w miarę godziwych warunkach dotrwać do rana.

Poranek koszmarek.
Po obfitym, jak na warunki „gościnnej” Francji, śniadanku, które udało nam się spożyć po okazaniu oczywiście bonu konsumpcyjnego, dostarczonego nam przez naszą ulubiona linię Air France, udaliśmy się wygodnym autobusem do miejsca naszej kaźni. Przywitał nas oczywiście tłum oczekujących nie wiadomo na co podróżnych. Kolejka była ogromna, jeden osobnik – chyba kierownik, bo był w marynarce – kierował ruchem oczekujących nigdzie nielecących. Wpuszczał po kilka osób za taśmę nie wiadomo po co, bo i tak dalej nic się nie działo. Panny za kontuarem wnikliwie oglądały swoje paznokcie i leniwie ziewały. Uratowało nas wczorajsze, wieczorne zapisanie się na lot. Po jakiś tam przepychankach słowno-gestykulacyjnych udało nam się przepchnąć, oddać bagaże i trumienkę też, mijając zapłakaną niewiastę z zazdrością spoglądającą na nas. Koniec końców, po perypetiach, z gdzieś tam dwugodzinnym opóźnieniem zostaliśmy łaskawie wpuszczeni na pokład samolotu „przyjaznej klientom linii Air France”. Po komunikacie, żebyśmy się jednak z wcześnie nie cieszyli, bo wcale nie wiadomo czy polecimy, wyrok brzmiał: lecimy. Z duszą na ramieniu, zastanawiając się, co jeszcze może nas czekać w tej wyprawie po takim jej początku, poszybowaliśmy na drugą półkulę ku naszemu przeznaczeniu, wznosząc czasami toasty za świetlaną przyszłość właśnie opuszczanego kraju. Viva la France!

RPA, czyli raczyliśmy przybyć, ale….
Przybyliśmy trochę w innym terminie. Dzięki ci Francjo!
Po tej przygodzie zgodnie stwierdziliśmy, że raczej od tej pory to z Francuzami niekoniecznie chcemy mieć już do czynienia. Ustaliliśmy kolektywnie, że to tylko nieprzyjemna przygoda i należy o niej szybko zapomnieć. W Madikwe mieliśmy spędzić trzy urocze dni, jednak spędziliśmy tam tylko jedną noc i dzień. Zamiast podziwiać dzikie zwierzęta, przyszło nam podziwiać konsekwentnie strajkujących pracowników lotniska, mało ciekawy hotel i naprawdę „dzikich” paryskich taksówkarzy.
Zaczęliśmy od safari na granicy z Botswaną, gdzie leży ogromny, rozciągający się na powierzchni
75 000 ha rezerwat Madikwe. To tam właśnie, podczas Operacji Phoenix, sprowadzono na ich dawne tereny zamieszkiwania 27 gatunków zwierząt, w tym zaliczane do słynnej „wielkiej piątki”: słonie, nosorożce, lwy, lamparty i bawoły.
Nasz obóz to był naprawdę uroczy zakątek. Położony w samym sercu rezerwatu, nad niewielką rzeczką Groot Marico. Luksusowe wręcz warunki, jakich trudno spodziewać się w takim miejscu, pozwalają czuć się naprawdę bezpiecznie. Musimy tylko pamiętać, gdzie się znajdujemy i oczywiście zachowywać się rozsądnie. Pobyt w takim miejscu pozostanie w naszych wspomnieniach na całe życie. Odkrywając tajemnicę życia stepu, pokrytego krzewami akacji o wschodzie i zachodzie słońca, po prostu zakochujemy się w tej ziemi. Odgłosy dochodzące z głębi nocy wywołują niesamowite wrażenie. Odczuwamy, jaką potęgą jest przyroda. Czujemy wręcz, jak żyją zwierzęta w swoim naturalnym środowisku, gdzie człowiek jest tylko jego częścią i nie ma żadnej władzy. Podziwialiśmy też i mniejsze formy życia – różnej maści robactwo. Widzieliśmy wieczorową porą jakieś monstrualne czarne glisty, ale – jak nas zapewniono – nieszkodliwe. Jednak wyobraźnia działała. Jeden z uczestników wyprawy przez całą noc nie zmrużył oka, wypatrując nie wiadomo czego.

Z królestwa zwierząt przenieśliśmy się do królestwa ludzi. Narodowy Park Pilanesberg/Sun City – czwarty co do wielkości park narodowy RPA, o powierzchni 580 km kw., leży w kraterze wulkanu powstałego przed setkami milionów lat. Przylegające do parku Miasto Słońca(Sun City) to bajeczne miejsce. Takie afrykańskie Las Vegas, z ekskluzywnymi hotelami i kasynami. Najbardziej znany jest Palace of the Lost City(Pałac Zaginionego Miasta).
My raczej podziwialiśmy równie wspaniałe dzieło Gary Playera, czyli dwa doskonałe pola golfowe. Mieliśmy okazję poczuć atmosferę prawdziwie wielkiego zawodowego turnieju, uczestnicząc niejako w przygotowaniach do Nedbank Golf Challenge, który jest rozgrywany corocznie pod koniec listopada. Mieliśmy namiastkę tego, co czuje gracz otoczony trybunami pełnymi kibiców. Wprawdzie trybuny podczas naszego turnieju nie były zapełnione, to jednak na osiemnastym dołku kończąc rundę nasz drużynowy pro Jakub Ossowski, po trudnym wybiciu z bunkra, kiedy to umieścił piłkę na greenie tuż obok flagi, zebrał gromkie brawa od nielicznej niestety o tej porze, publiczności. Turniej składał się z dwóch rund. Rozgrywaliśmy je na polach Lost City Course i Gary Player Course. Obydwa pola po prostu zapierają dech w piersiach. Otoczone górami dołki o dużych różnicach poziomów są wprost balsamem dla oczu.
25 zespołów z 19 krajów i 4 kontynentów przyjechało na turniej Diners Club International Pro-Am Classic. Między uczestnikami w Sun City byli obrońcy tytułu mistrzowskiego z ubr., czyli drużyna Rosji, sześć drużyn z Ameryki Łacińskiej i tradycyjnie silne zespoły z Azji Korea i Hong Kong. W skład każdego zespołu wchodziło 3 amatorów i jeden gracz zawodowy.

Runda pierwsza, czyli zupełnie nieźle nam poszło.
The Lost City Course to pole, na którym rozegraliśmy pierwszą rundę. Pole to może budzić kontrowersje, ale bezsprzecznie jest ono jednym z tych, o których się nie zapomina. Ogromne wrażenie robi zarówno hotel Lost City, jak i przyroda otaczająca to pole. Radość, jaką czerpiemy z otaczającego krajobrazu może niestety miejscami przemienić się w smutek, gdy nasza piłka znajdzie się w kolejnym, nadzwyczaj dużym i pustynnym bunkrze… Ta niezwykła kombinacja roughu i gładkich traw z pewnością wynosi to pole na szczyty list najlepszych światowych pól golfowych. Zaprojektowane przez golfową legendę – Gary’ego Playera – pole The Lost City jest najprawdziwszym wyzwaniem dla każdego golfisty.
Sam projektant jest zdania, że piękno i cisza są niezbędnymi warunkami, aby zbudować pole golfowe. Mając na uwadze te wytyczne, w 1993 roku The Lost City Golf Course zostało wybudowane w zgodzie z naturalnym ukształtowaniem terenu. W rezultacie powstało pole pełne pustynnych bunkrów, przepięknych wodnych oczek, na pagórkowatym terenie afrykańskiego stepu pokrytego krzewami, wśród których przechadzają się zwierzęta, przyglądając się poczynaniom golfistów. Jest to pole, które każdemu golfiście rzuca wyzwanie; pole, którego nie da się zapomnieć.
Tee ustawiono mam dość przewrotnie, zwłaszcza że na każdym dołku jest ich sześć i jest w czym wybierać. Dlatego pole może być łatwe, przyjemne, trudne i bardzo trudne lub piekielnie trudne po szóste to chyba już pozostaje nam określić je jako wredne. Nam ustawiono raczej na bardzo trudne. Nie było dołka par 4, który byłby dla mnie w zasięgu drugiego uderzenia żelazem! Dołek Par 3 tylko jeden miał odległość 150 metrów, reszta była dłuższa! Dołki par 5 są tak zaprojektowane, że mistrzostwem świata jest być tam za drugim strzałem na greenie. Może dwa lub trzy są w zasięgu, reszta jest tak pokręcona, że albo jest to strzał bardzo, bardzo ryzykowny, albo desperacki. Dołóżmy do tego wrednie poustawiane flagi na greenach, dokładnie zaraz za bunkrem, jeżeli takowy tylko może być na linii strzału, zupełnie niewidoczne spadki, trawę w rafie o grubości palców i gęstości chyba czarnej dziury, rozkojarzenie spowodowane obecnością wszelakiej zwierzyny i… mamy dziury przeznaczone dla mutantów, a nie dla lekko kaszaniących golfistów. I dobijający rechot, właśnie rechot wszelkiej maści ptaków, który brzmi po prostu jak pusty śmiech z naszych poczynań!
Na szczęście organizatorzy rozpieszczali nas tak w trakcie turnieju, jak i po rundach. Każdy z uczestników miał zagwarantowanego caddy’ego(to taki pomocnik podczas gry, nosi torbę z kijami i w przeciwieństwie do naszych krajowych potrafi podpowiadać czym, gdzie i jak zagrać).
Jak wspomniałem, pierwszą rundę rozegraliśmy na „zaginionym polu”. Widoki cudowne! Po ośmiu dołkach niespodziewanie nastąpiło załamanie pogody i rozpętała się wielka burza.
Pioruny biły wokoło jak oszalałe, a wielkie strugi deszczu tworzyły jeziora w bunkrach.
Po wezwaniu przez GPS wszystkie zespoły sprawnie i bez ofiar dotarły do budynku klubowego. Czekał tam na nas poczęstunek i otwarty bar. W napięciu oczekiwaliśmy decyzji, co do naszej dalszej gry. Dopiero gusła odprawione przez Ekwadorczyków sprawiły, że wyszło słońce i wróciliśmy na pole. Zabrakło nam trochę tych dwu godzin i rundę kończyliśmy, jako ostatni zespół, prawie w ciemnościach. Humory nam jednak dopisywały z uwagi na zupełnie przyzwoity wynik, dzięki któremu uplasowaliśmy się na zupełnie niezłej pozycji w pierwszej połowie listy wyników. Po rundzie zadbano oczywiście o nasze doznania kulinarne i duchowe. Doskonała kolacja przy akompaniamencie afrykańskich bębnów pozwoliła zapomnieć o nieudanych uderzeniach i burzy.

Runda druga, czyli bladym świtem.
Drugiego dnia zupełnie bladym świtem, o godzinie 8.30 stawiliśmy się w komplecie na tee pierwszego dołka Gary Player Course. To miejsce organizowanych co roku mistrzostw Nedbank Golf Challenge(wcześniej znanych jako Nedbank Milion Dolar Golf Challenge) od ponad dwudziestu lat. Pole golfowe The Gary Plater Country Club jest jednym z najtrudniejszych i najbardziej wymagających pól w południowej Afryce, zajmującym najwyższe pozycje w rankingach na najlepsze pola golfowe południowej Afryki w takich czasopismach jak Golf Digest i Compleat Golfer South Africa. To jedno z pól, na którym trzeba użyć każdego kija z torby. Zaprojektowane przez Gary’ego Playera, pole jest wyzwaniem zarówno dla amatorów, jak i najlepszych zawodowców. Pole to porasta trawa kikuyu(na tee, fairway’ach i sami roughach), jak zresztą większość pól typu links w południowej Afryce. Oznacza to, że przyjezdni golfiści muszą dostosować swą technikę do panujących tu warunków. Wszystkie 18 greenów zostało obsianych specjalną mieszanką traw Penn A4, która wymaga bardzo dokładnego puttowania i mocno podkręca prędkość piłki.
Przywitani zostaliśmy przez rozstawiającą nagłośnienie obsługę i przez – przecierające ze zdumienia oczy – małpy. Dodam tylko, że w bój ruszyliśmy bez żadnej rozgrzewki, co jest przecież zrozumiałe o tak wczesnej porze, ale czujemy się rozgrzeszeni z uwagi na brak driving range. Cóż, brak rozgrzewki i nad wyraz trudne pole sprawiły, że nie byliśmy już tak dobrzy jak dnia poprzedniego. Plan został jednak wykonany, statystycznie i tak zajęliśmy najlepsze miejsce w historii startów polskiej reprezentacji. Jeszcze kilka startów i na pewno dojdziemy do czołówki. O tym że druga runda to nie było byle co i punkty zdobywało się o wiele trudniej niż pierwszego dnia niech świadczy fakt, że tylko dwa zespoły ugrały ponad 80 punktów były to Brazylia -81 pkt. i Honk Kong -84 pkt.
Podczas gry w hotelowym holu prezentowane były fotografie zrobione przez mistrza obiektywu i golfa(hcp 2) Phila Inglisa. Fotki były na tyle udane, że przed ekranem zawsze kłębił się tłum oglądających.
Wręczenie nagród odbyło się w eleganckiej sali kasyna i, jak przystało na tej rangi turniej, z wielką pompą. Nagrody wręczał sam dyrektor naczelny, Diners Club International EMEA – Graham Gertz – Rombach. Turniej można rzec, tradycyjnie już, bo trzeci raz w historii tego turnieju, wygrała drużyna Hongkongu, osiągając 176 punktów. Drugie miejsce zajęła drużyna Brazylii (169), a trzecie zespół Republiki Południowej Afryki(164). Współzawodnictwo było bardzo wyrównane, a przy tej formie rozgrywek i stopniu trudności pola wszystko zdarzyć się mogło. Wszyscy uczestnicy zostali obdarowani pamiątkowymi fotografiami oprawionymi w ramki, eleganckimi koszulkami, parasolkami i windstoperami.

Czas powrotu i znów Francja.
Następnego dnia pozostało nam spakować manatki i ruszać w drogę powrotną. Część drużyny rozegrała jeszcze rundę towarzyską – czyli dała zarobić Kubie parę euro – no, bo jak tu nie zrobić drobnego zakładziku? Zawsze to i emocje większe i nadzieja jest. Nie mówiąc o motywacji do gry… Spokój nasz burzył tylko fakt, że wracamy „przyjazną klientom linią Air France”. I chyba dobrze, że na turnieju nie było reprezentacji Francji, mogłoby zaiskrzyć! Jak pokazało życie, Francuzi jeszcze mi dopiekli pozbawiając nadmiernej ilości wody ognistej, zakupionej na lotnisku w Johanesburgu. Dodam, że nadmierna ilość to dwie butelki, w tym jeden likier. Oczywiście zdarzenie miało miejsce na moim ulubionym lotnisku w Paryżu, które szerokim łukiem, zupełnie nie triumfalnym, będę omijać!
Korzystając z okazji chciałbym w imieniu swoim i drużyny, której członkami mieli zaszczyt być: Jakub Ossowski, Michał Goli i Jarosław Stodolny, gorąco podziękować dyrektorowi DC Polska panu Markowi Smolarzowi za zaproszenie nas do udziału w tym wydarzeniu i za opiekę, jaką nad nami sprawował podczas pobytu w tym przepięknym zakątku świata!

Nedbank Golf Challenge(dawniej znany jako Million Challenge Golf Dollar) od dawna jest najważniejszym wydarzeniem w kalendarzu golfowym w Republice Południowej Afryki i nie tylko. Główna nagroda wynosi 1,2 miliona USD dla zwycięzcy. Turniej jest rozgrywany w Sun City na przełomie listopada i grudnia każdego roku. W tym roku pula nagród dla 12 najlepszych wynosi 4 385 000 USD. Tytułu mistrza będzie bronił Jim Furyk, który wywalczył go kolejno przez dwa lata.
Wśród zwycięzców poprzednich edycji są takie gwiazdy jak Seve Ballesteros, Ian Woosnam, Bernhard Langer, Nick Price, David Frost, Colin Montgomerie oraz pochodzący z RPA Ernie Els. Elitarna czołówka najlepszych światowych graczy stanowi trzon dwunastu uczestników tego wyjątkowego turnieju. Uczestnicy zdobywają zaproszenie do udziału w Nedbank Golf Challenge swoimi osiągnięciami z poprzedniego sezonu.

Więcej zdjęć z tej podróży można obejrzeć w naszej galerii.

Redakcja portalu
Redakcja portalu golfpl.com
http://www.tv-golf.pl